A na Paluchu…

Wycieczka do schroniska

W końcu nadszedł ten dzień. Wybrałam się do Schroniska na Paluchu.  Nigdy wcześniej nie byłam w żadnym schronisku. Słyszałam tylko opowieści. Że nie da się wyjść bez zwierzaka lub złamanego serca. Że płacz murowany… Cóż… no nie każdy tak to odczuwa – lub nie każde schronisko budzi tak silne emocje.

Pojechałam z konkretną misją: zrobić zdjęcia kotów, które są na kwarantannie – do ogłoszeń. Czym jest kwarantanna? Kociarnia na Paluchu dzieli się na 3 „sekcje”:

  • przestrzeń dla kotów gotowych do adopcji,
  • kwarantanna – miejsce dla kotów nowych, wychodzących ze szpitalika lub wymagających izolacji z innych powodów,
  • szpitalik – miejsce dla kotów w trakcie leczenia.

W schronisku bardzo pilnowana jest zasada „pilnowania zarazków” (moje określenie). Tzn. osoby, które weszły do pomieszczenia kociej kwarantanny nie mogą już wejść do kotów gotowych do adopcji. Osoby, które weszły do szpitalika już nie mogą odwiedzić ani kwarantanny ani kotów zdrowych. Moim zdaniem bardzo sensowne.

Kwarantanna

Jak wygląda kwarantanna? Na dzień dobry wita nas „wanienka” do dezynfekcji obuwia, a potem witają nas klatki… Każdy kot ma swoją klatkę. Swoją kuwetę, swoje miseczki i zabawki. Nie wiem jakie Wy macie wyobrażenia o schroniskach, ale moje zostało zrujnowane. Są metalowe klatki (nic fajnego, ale konieczność to konieczność). W samych klatkach natomiast jest czysto. Wolontariusze na bieżąco tego pilnują. Koty nie wyglądają na głodne, a ich miseczki nie są puste. Tu i tam leży jakaś zabawka (każdy kot ma własne – pilnowanie zarazków).  Na pierwszy rzut oka bez dramatów.  Towarzystwo opanowane.  Powiedzmy.

W celu zrobienia zdjęć ogłoszeniowych rozstawiliśmy sprzęt oświetleniowy – co graniczy z cudem biorąc pod uwagę mikropowierzchnię pomieszczenia kwarantanny, ale się udało. Nieco musiałam się wklejać w ścianę, żeby uchwycić pewne długonogie kocię, ale cóż… następnym razem trzeba zabrać szerszy obiektyw. Sprzęt opanowany, można przejść do kotów. Indywidualnie. Za każdym razem w nowych rękawiczkach (zaraaaaazki). I cóż tam widzimy?

O kotach

Kot. Zwykle cztery łapy, ogon, uszy. Różne umaszczenia i wzory. A przede wszystkim różne charakterki. Z mojego punktu widzenia te charakterki można podzielić na 3 grupy:

  • „nie podchodź” – dotknięcie klatki powodowało warczenie, zdjęć zwykle brak
  • „boję się” – kot leżący w kuwecie, apatycznie lub siedzący skulony
  • „głaszcz mnie/weź mnie/baw się ze mną” – co tu dużo mówić, otwarcie klatki powodowało przyklejenie się kota do ręki lub próby ucieczki z klatki „bo chcę się pobawić z sąsiadem”. Biorąc poprawkę na punkt odniesienia – cudowne.

To, co mnie zaskoczyło to fakt, że koty pragnące kontaktu były w przeważającej liczbie. Spodziewałam się raczej dzikusków. A tu proszę, koty wiedzą jak się zareklamować. Oczywiście ten podział działa tylko w schronisku – na własnym terenie kot będzie się czuł zupełnie inaczej. Chociaż mało prawdopodobne jest, żeby „lepiący” się kot nagle stał się niedotykalski.

Kolejny mit, który do mnie kiedyś dotarł brzmi: „w schronisku są tylko burasy”. Może to tylko przypadek, ale na kilkanaście kotów może jeden był typowym buraskiem. Chyba nie było tylko kompletnie białego kota. Same piękności. A ja wymiziałam wszystkie z trzeciej grupy.

Czy wyszłam z trzecim kotem?

Wszyscy wiedzą, że na widok kota powiększają mi się źrenice ze szczęścia. W schronisku było tak samo. Z każdą jedną sztuką. Z niektórymi trochę bardziej ;). Absolutnie zakochałam się w kocie ze zdjęcia głównego tego postu. Gdybym nie osiągnęła optymalnej liczby kotów w swoim domu to bym adoptowała kolejnego. Jednak mam doświadczenie mieszkania z trzema kotami i wiem, że to nie jest dla mnie dobry pomysł. Podobnie jak dla Moki i Żelki to nie jest dobry pomysł. Tak więc niestety, choć polecam gorąco. Oczywiście nie każdemu. Niestety nie każdy się do tego nadaje i przestrzegam przed porywami serca w stylu „bo mój partner kocha koty” lub „bo on tak na mnie patrzy”. Nie. Odpowiedzialność przede wszystkim. To są żywe stworzenia, które szukają domu na zawsze.  Tak więc nie wyszłam z trzecim kotem.  Ale wiem, że będę do schroniska jeszcze wracać.

Wolontariat

Uparłam się, że opieka nad moimi dwiema szujkami to za mało działań w kocim świecie. Któregoś pięknego dnia twitter dostarczył mi newsa pod hasłem „schronisko szuka wolontariuszy”. Zgłosiłam się do robienia zdjęć. Wiem, że schronisko nadal szuka wolontariuszy – szczególnie do kociarni. Opis wolontariatu można przeczytać tutaj.

Ja ze swojej strony bardzo polecam wolontariat. Może niekoniecznie na Paluchu. Niekoniecznie ze zwierzętami. Ale warto podzielić się swoim czasem ze światem. Bo to od nas zależy jak ten świat wygląda. Kto oglądał „Efekt motyla” wie co mam na myśli.

Zostaw ślad po sobie w postaci komentarza:)